Relacja z wakacyjnej eskapady „Rowerem po Bieszczadach”, 29 sierpnia – 3 września 2026

Data publikacji: 03.10.2026

Relacja z wakacyjnej eskapady „rowerem po Bieszczadach” organizowanej w dniach 29 sierpnia – 3 września 2026 roku przez Sekcję Imprez i Integracji Oddziału SGP w Warszawie.

W ostatni weekend wakacji ruszyła kolejna wyprawa rowerowa organizowana przez Oddział SGP w Warszawie, tym razem igła rowerowego kompasu wskazała Bieszczady. Grupa wsparta busem jednego z rowerzystów wyruszyła w sobotę 29 sierpnia z Warszawy. Duże wnętrze pojazdu z łatwością pomieściło zarówno czterech uczestników, jak i bagaże oraz rowery. Południowe Mazowsze i Lubelszczyzna zalane były letnim deszczem, dopiero za Rzeszowem pojawiło się niebieskie niebo i słońce. Zgodnie z planem podróży wczesnym popołudniem busik dotarł do bazy pobytowej – „Oberży pod kudłatym aniołem” w Cisnej. Po zakwaterowaniu przegląd sprzętu i krótki rekonesans po górskich drogach. Pierwsza pętla – początek wojewódzkimi asfaltami, później leśne drogi górskie z jednym wymagającym podjazdem (Cisna – Dołżyca – Przysłup – droga wzdłuż grzbietu Małego Jasła – Majdan – Cisna). Łącznie blisko 20 km, +250 m podjazdów głównie po asfalcie i długie zjazdy po wymagających leśnych szutrach. Rozgrzewkowa trasa wywołała pozytywne nastroje w grupie i chęć poznawania następnych miejsc.

Dzień drugi rozpoczęły pyszne śniadanie i ładna pogoda. Planowana trasa to duży objazd masywu Magurycznego, Wołosania i Hyrlatej. Początek to stromy podjazd drogą wojewódzką z serpentynami przez Habkowce do Jabłonek – wsi znanej z potyczki żołnierzy WP z bandami UPA w zasadzce na generała W. Świerczewskiego. W Kołonicach zjazd z asfaltu na drogę o nawierzchni szutrowej, czasem nawet lekko piaszczystej, i oczywiście znów pod górę. Po krótkim zjeździe dawna wieś Rabe – wysiedlona i zniszczona w trakcie akcji „Wisła” w 1947 roku. Dziś tylko zarośnięte nieliczne fundamenty siedlisk oraz drzewa owocowe wskazują obszar niegdyś zamieszkały. Niezły asfalt prowadzi mocno pod górę na Przełęcz Żebrak – około 20 km trasy i już +600 metrów podjazdu. Po krótkim postoju 8 kilometrów „za darmo” – W DÓŁ. Niewielka wieś Mików i dolina Osławy – granica Karpat Wschodnich i Zachodnich. Pierwszy przejazd brodem przez rzekę był łatwy z powodu bardzo niskiego stanu wody. Kolejna zmiana kierunku jazdy – na południe i lekko do góry przez wieś Smolnik. Tu krótka wizyta w miejscowej cerkwi św. Michała z początku XIX wieku (dziś kościół) i dalej lepszą drogą do Woli Michowej. Po drodze mijamy po prawej stanicę harcerską, a za chwilę po lewej „Latarnię Wagabundy” – jedno z nielicznych kultowych schronisk turystycznych w Bieszczadach.

Kilometr dalej skręt na południe w kierunku dawnej wsi Balnica przy granicy ze Słowacją – znowu szutry, tym razem mocno kamieniste, i oczywiście pod górę. Wzdłuż drogi biegnie ścieżka przyrodnicza z kilkoma tablicami z opisem lokalnych osobliwości. Spory odcinek drogi w trakcie intensywnej przebudowy – nawierzchnia miejscami bardzo trudna, a miejscami już dobrze urządzona. Od „Bobrowiska u źródeł Osławy” do Balnicy droga gruntowa nieurządzona, kręta i bardziej wymagająca. Wieś Balnica to dziś tylko dwa domy mieszkalne służby leśnej oraz końcowa stacja Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej. W ostatnią niedzielę wakacji rowerzyści spotkali na stacji aż trzy pociągi z turystami.

Po przekroczeniu torów kolejki koniec drogi, jest tylko ślad po ścieżce do pasa podziemnej linii energetycznej. Jazda „po niczym” rowerem elektrycznym kończy się po ok. 300 metrach. Trzeba przejść na tryb „walk assist” – rower napędza się sam do prędkości ok. 5 km/h, więc zostaje prowadzić go w „dobrym” kierunku lub czasem za nim nadążyć w leśnych chaszczach. Po kolejnych 300 metrach jest kręta ścieżka pozwalająca na niezbyt szybką, ale jednak jazdę. Na szczęście nachylenie ścieżki jest korzystne, czyli lekko w dół. Po około 1,5 km pojawia się „normalna” szutrówka w rejonie dawnej wsi Solinka. Pokonany odcinek trasy nieco zamaskował fabryczne kolory rowerów, ale obyło się bez szkód technicznych.

Drogą leśną o różnej nawierzchni (asfalt, szutry drobne, płyty betonowe, szutry kamieniste) trasa wiodła do Roztoki Górnej – kolejnej osady pracowników leśnych, kiedyś sporej wsi przy granicy ze Słowacją. Od zboczy Kiczerki nachylenie drogi w dół zachęcało do szybszej jazdy. Niestety większa prędkość i zmienność kiepskiej nawierzchni były przyczyną zdarzenia drogowego, w którym istotnego urazu doznał koordynator grupy. Doraźna pomoc medyczna kolegi Krzysztofa z wykorzystaniem posiadanej apteczki (!) pozwoliła na tymczasowe opanowanie kryzysu i kontynuację zjazdu z Roztoki przez Liszną i Majdan do Cisnej (ponad 10 km). Tu został wezwany zespół ratownictwa medycznego, a następnie poszkodowany trafił na SOR szpitala w Lesku. Po niezbędnych zabiegach chirurgicznych cykliści odebrali swojego kierownika i wrócili do Cisnej. Łącznie 65 km, +1000 m podjazdów. Z konieczności następne dni eksploracji odbywały się w trzyosobowym składzie.

Dzień trzeci – jak poprzednio, pyszne śniadanie, a później na rowery. Jak „zwykle” na początek sporo dobrego asfaltu w dół doliną Solinki przez Dołżycę do Terki. Odcinek trasy dość łatwy, z widokiem na nurt Solinki i „Sine Wiry” na Wetlince (przełomy rzeki przez progi skalne). W Terce skręt w prawo na drogę leśną i spory podjazd na grzbiet Tołstej, następnie zjazd w dolinę Sanu. Kolejny podjazd na grzbiet Szczyciska i zjazd w dolinę Wetliny. Teraz cały czas do góry (13 km!) dobrej jakości drogą przez Jaworzec i Kalnicę. Po wyjeździe z lasu otwierają się piękne widoki na zachodni koniec pasma połonin, które można podziwiać przez kilka kilometrów trasy. Następnie przez wieś Smerek do Wetliny – dużej wsi turystycznej na południe od pięknego pasma połonin, bieszczadzkich łąk szczytowych, tu Połoniny Wetlińskiej. We wsi istnieje dawne schronisko PTTK, przez blisko 30 lat prowadzone przez rodzinę Ostrowskich, w tym Piotra „Niedźwiedzia” Ostrowskiego. To kolejne kultowe miejsce bieszczadzkich łazików, gdzie zawsze znalazło się miejsce do spania na glebie i darmowy kubek wrzątku (wspomnienia własne koordynatora 🙂). Dziś rozbudowany budynek, już pod innym zarządem, nosi nazwę domu wypoczynkowego. Powrót przez Smerek i drogi leśne: długi podjazd (5 km) wzdłuż masywu Fereczatej, Dużego i Małego Jasła oraz zjazdy do Majdanu i Cisnej. Na mniej zalesionych odcinkach kolejne widoki na Połoninę. Łącznie 68 km, +750 m podjazdów.

Dzień czwarty – może to monotonne, ale znów pyszne śniadanie na początek. W pierwotnym planie była trasa w okolice źródeł Sanu i kilku śladów po zabudowie wsi Beniowa i Sianki, jednak po niedawnym zdarzeniu drogowym grupa została przekierowana w stronę „Bieszczadzkiego Morza”. Na początek łatwym asfaltem przez Dołżycę do Polanki. Tu skręt na drogę leśną w kierunku odbudowanej cerkwi św. Męczennicy Paraskewii w Łopience. Po 2 km skręt na ścieżkę rowerową, mocno do góry. Po 250 metrach koniec jazdy – ścieżka jest tak zarośnięta, że nie ma miejsca na rower, dawno nikt tu nie przechodził. Trzeba zawrócić i poszukać obejścia. Chwila na analizę mapy – obok cerkiewki poprowadzona jest ścieżka przyrodnicza, która pozwala na kontynuację jazdy i powrót na planowaną trasę w innym miejscu. Przez Wolę Górzańską i Górzankę grupa dociera do Wołkowyi – dużej wsi nad brzegiem Jeziora Solińskiego. Tu po raz kolejny niespodzianka – przy wsi nie ma jeziora. Niski stan wody (słabe dopływy i stały zrzut w elektrowni) spowodował cofnięcie lustra wody o kilkadziesiąt metrów. Przykry widok pomostów i łódek stojących na suchym dnie. Powrót doliną Wetlinki – przez rezerwat „Sine Wiry”, Jaworzec, Kalnicę, Przysłup i znaną już drogą leśną wzdłuż grzbietu Małego Jasła do Cisnej. Łącznie 62 km, +950 m podjazdów.

Dzień piąty – to już koniec eksploracji bieszczadzkich dróg na rowerze. Po zapakowaniu rowerów i bagaży do busa rowerowa drużyna ruszyła w drogę powrotną do Warszawy, gdzie dojechała wczesnym popołudniem.

Podsumowanie wycieczki to ponad 215 km rowerowych tras na zróżnicowanej nawierzchni, +2,95 km przewyższeń, nachylenia drogi od −20% do +18% oraz mnóstwo pięknych widoków, dzikich zakątków i wrażeń. Koordynatorem (i uczestnikiem) wyjazdu był kol. Zbigniew Ogrodowski.

Zapraszamy na kolejną wyprawę rowerową już na wiosnę – raczej w płaskim terenie.